środa, 26 grudnia 2007

Znowu święta...

Dzisiaj baaaaaaaaaaardzo powoli mija drugi dzień świąt... Niestety mój kalendarz twierdzi, że dokładnie za 333 dni czekają mnie znów te same atrakcje. A są one od lat (trzydziestu trzech) niezmienne. No może kiedyś było zabawniej ze względu na dodatkowe rozrywki zafundowane nam przez kryzys ustroju PRLowskiego ;-)
Cała zabawa ze świętami zaczyna się mniej więcej na miesiąc przed tym wyjątkowo radosnym wydarzeniem. Zaczynają się Zakupy Świąteczne... Z jakiegoś nieziemskiego powodu do kobiet nie chce dotrzeć, że w ciągu miesiąca zapasy, które teraz robimy zostaną kilkakrotnie skonsumowane, lub po prostu się zepsują. Tradycja jest tradycją, więc jedziemy na zakupy. W supermarketach od razu czuć świąteczną atmosferę. Objawy są następujące: na półkach towar dokładnie ten sam ale po świątecznych cenach (raczej nie muszę wspominać czym sie one różnią od nieświątecznych) no i w łeb walą nas bardziej durnowate melodyjki niż zwykle. Jedynym stałym elementem jest głos z megafonu obwieszczający: "Emerytki i emeryci, którzy mają przy sobie dowód osobisty mogą się zwrócić do naszych stoisk w celu otrzymania naszej karty kredytowej...". Gość mówi to takim tonem, że brakuje mi tylko "bo jak nie to...!!!!". Aż dziw, że emerytki nie gnają do tych stoisk jak do wolnych miejsc w autobusach.
Ok. zrobiliśmy "świąteczne zakupy". Oczywiście z powodów jak wyżej podobna impreza czeka nas dokładnie co tydzień. Osobnym gatunkiem jest kupowanie prezentów. Tutaj muszę się przyznać, że widać wielką dojrzałość mojej żony. Ona po prostu mówi mi dokładnie czego chce. Potem patrzy mi w oczy i po chwili dodaje "dobrze... Pójdziemy razem i sama sobie to kupię". Prawda, że mądra kobieta? Bo sąd ja niby miałbym posiąść umiejętność odróżnienia poszczególnych odcieni pudru??? Przecież one wszystkie SĄ różowe! I ile bym się nie gapił na poszczególne pudełka to za diabła nie potrafię odróżnić jednego od drugiego. Ale właśnie do mnie dotarło, że nigdy nie próbowałem ich oświetlać światłem UV... Może tu tkwi tajemnica?...
Tak czy siak moja żona poznała już mój gust i teraz kupowanie prezentu dla niej to pestka. Po prostu loguję się na konto i robię odpowiedni przelew z mojego konta na jej konto. Prawda, że romantyczne?
Gorzej jest z pozostałymi prezentami. I co gorsza w tej materii moja żona nagle twierdzi, że mam gust i moje zdanie jest ważne. Nie wiem skąd u niej taka niekonsekwencja... No i zaczyna się od prostego z pozoru pytania: "Co kupimy mojej mamie?". Odpowiedź "kapcie o dwa numery za małe" jej nie zadowala (choć co roku uparcie próbuję). Jeszcze większego zgryza mam gdy usłyszę pytanie "a tacie?". Rany! Przecież ja poznałem tych ludzi raptem kilka lat temu! Widywałem ich w tym czasie tylko w kilka dni w roku. Skąd mam znać ich preferencję co do prezentów??? I wtedy przeważnie myślę sobie, że może po prostu kupie mu to co sam chciałbym dostać, czyli jakiś fajny chłopięcy gadżet (w końcu bez względu na wiek przez cały czas jesteśmy chłopcami). Potem już pozostaje tylko prezent dla babci. Tu sprawa jest wyjątkowo prosta, gdyż cokolwiek by jej nie dać to ona i tak twierdzi, że nie może tego używać. Np. czekoladki? Jak już zje pudełko to mówi, że coś jeść nie może... Szalik? Och... Tak ją szyja boli, że normalnie ten szalik jej się tak wpija w ciało, że wytrzymać nie może...
Najlepiej to byłoby wyciągnąć książeczkę czekową i zapytać "Ile?".
No to mamy prezenty. Pozostaje sprzątnąć dom. No i się zaczyna. Mimo, że dom przecież jest codziennie sprzątany to nagle wszyscy zachowują się jakby tutaj przez cały rok nikt nie mieszkał i wszystko było totalnie zapuszczone! Pierze się firany, myje okna, myje meble, kafelki, kabinę prysznicową i podłogi... I tak do późnej nocy na dzień przed wigilią Bożego Narodzenia.
Wreszcie nastaje TEN dzień. Wigilia. I tu wszystko się powtarza tylko z skondensowanej formie. Czyli od rana zakupy (ciekawe co robiliśmy przez ostatni miesiąc?!), sprzątanie (przecież wczoraj wszystko wysprzątaliśmy! Kiedy się niby zdążyło wybrudzić???!), gotowanie potraw wigilijnych (jedyna czynność, której nie robiło się wczoraj - wczoraj gotowało się na święta). Wreszcie zaświeci pierwsza gwiazdka (tak swoją drogą to Mars, ale kto by się tam czepiał) i zasiadamy do kolacji. Kolacja jakoś marnie mi wchodzi, gdyż po pierwsze jestem za bardzo zmachany całym ostatnim miesiącem a po drugie no po prostu nie znoszę potraw wigilijnych. A już szczególnie karpia, którego Bóg chyba przez czyste poczucie humoru stworzył wyłącznie z ości.
Potem następuje radosne wręczanie prezentów. Radosne jest do czasu ich odpieczętowania. Bo wtedy się okazuje, że babcia... No wiemy co babcia. Teściowa co prawda twierdzi, ze jest zadowolona, ale ona zawsze tak twierdzi, więc w sumie nie wiadomo a teściu płacze, że wydaliśmy tyle pieniędzy co tłumaczymy na "wolałbym papcie o dwa numery za małe".
Wreszcie nastaje noc a po niej Święta. Taaa... Najkrótsza definicja: obżarstwo połączone z najazdem rodziny. Czy na prawdę ci ludzie nie mają swoich domów? Ale rodzina to rodzina. Musimy swoje odbębnić, wysłuchać tych samych opowieści co rok temu i jeszcze rok wcześniej i jeszcze rok wcześniej i tak możemy się cofać aż do Wielkiego Wybuchu...
Na szczęście już 27 grudnia (jak mamy szczęście i ta data nie wypada np w sobotę) możemy wrócić do pracy aby docenić jakim szczęściem jest być zatrudnionym...

A więc Wesołych Świąt i do przyszłego roku...