poniedziałek, 9 listopada 2009

Czym Aikido NIE jest...

Czytając co ciekawsze zdania na temat sztuki walki, której jestem ogromnym fanem od kilku lat (aktywnie), postanowiłem napisać poniższy tekst.

Na temat Aikido udało mi się już słyszeć najbardziej fantastyczne teorie... Oczywiście większość z nich pochodzi od tzw. "internetowych aikidoków". Pojęcie to wymyślił shihan Wysocki i oznacza ono ludzi, którzy o Aikido wypowiadają się na wszelkich możliwych forach internetowych, lecz na macie jakoś nie zdarzyło się im być.
Ale można je też czasami przeczytać w książkach. Przykładem publikacji napisanej przez gościa, który zaburza mój światopogląd mówiący, że każdy ssak ma mózg: "Techno, aikido, amulety" - Robert Tekieli

No więc aby odpowiedzieć na pytanie czym Aikido nie jest to najpierw napiszę w jednym zdaniu czym ono jest. To sztuka walki oparta w ogromnej większości na wykorzystywaniu ataku przeciwnika. No i to w zasadzie na tyle!

A teraz kilka kwiatków, które udało mi się przeczytać, lub usłyszeć od znajomych:

  1. Aikido to sekta.
    W tym komicznym stwierdzeniu najbardziej mnie zawsze bawiły uzasadnienia, które nawiasem mówiąc zawsze traktowałem jako dobry żart. A brzmią one:
    • "bo Aikidocy kłaniają się do obrazka jakiegoś staruszka". No tak... Odkąd dowiedziałem się, że kłanianie się komukolwiek może być potraktowane jako "praktyki sekciarskie" to przestałem się kłaniać znajomym emerytkom ;-)
      A tak poważnie (choć trudno mi traktować ten zarzut w ten sposób) to kłanianie się do portretu twórcy jest zwyczajnym wyrazem szacunku dla człowieka, który tą sztukę opracował. Przecież nikt poważny nie będzie mówił o sekciarstwie jeśli będziemy się kłaniać (i składać kwiaty) przed pomnikiem np. Chopina, lub Kopernika! Poza tym należy pamiętać, że ukłony skierowane do starszych są bardzo silnie powiązane z tradycją japońską. Ale nie religią, bo to nie jest tożsame. Choćby z tego względu, że Japończycy od kilku wieków są narodem wieloreligijnym.
    • "bo w shintoizmie modły odbywają się przez ruch, więc cały trening to jedna wielka modlitwa". No ręce opadają (o żuchwie nie wspominając). Bo skoro tak to proponuję zabronić lekcji W-F w szkole. Obawiam się tylko, że te "odzyskane" godziny zostaną wykorzystane do zwiększenie lekcji mającej szerzyć pewną dominującą w tym kraju religię... O samym Shintoizmie proponuję poczytać np. na wikipedii http://pl.wikipedia.org/wiki/Shint%C5%8D

  2. Aikido jest źródłem energii kosmicznej.
    Niestety tych co chcą ćwiczyć mając nadzieję na zmniejszenie rachunków za prąd muszę rozczarować... Nie zauważyłem aby sensei Tytus (czy też shihan Wysocki) razili gromami (choć przy Yonkyo bywa, że tracę tą pewność ;-) ).
    Ale teraz serio. Nie uskuteczniamy na treningach żadnej magii. Żadnego Chi, czy innych wewnętrznych energii nie ćwiczymy. I choć w internecie pełno jest filmików "pokazujących" działanie Ki pod postacią ognistych kół czy też innych ciekawostkach rodem z Mortal Combat, to trzeba pamiętać, że są to filmiki robione, albo przez zgrywusów, albo przez ludzi, którzy chcą wierzyć (a takich nigdzie nie brakuje).
    Sama idea siły Ki w Japonii jest u nas często źle interpretowana. W przeciwieństwie do Chińczyków, którzy w swojej filozofii dopuszczają istnienie pewnych energii wewnętrznych (Chi) to Japończycy siłę Ki traktują bardzo fizycznie. Wg nich jest to po prostu środek ciężkości ciała (mniej więcej 5 cm poniżej pępka i tyleż samo w głąb). Ki jest po prostu zamianą energii potencjalnej w kinetyczną (dokładniej: zmiana wektora pędu przeciwnika poprzez przyłożenie odpowiednio skierowanej, choć stosunkowo niewielkiej siły biorącej się ze zmiany energii potencjalnej środka ciężkości w energię kinetyczną).

  3. Aikido uczy stałej koncentracji poprzez ćwiczenia medytacyjne.
    Wiem, że niektórzy starają się uczyć swoich adeptów, że należy być ciągle skoncentrowanym aby móc natychmiastowo odparować nawet niespodziewany atak. Taką sprawność ma się (niby) zdobyć poprzez ciągłe ćwiczenia medytacyjne.
    Dla każdego kto choćby zetknął się ze sztukami walki powyższy tekst powinien być totalną bzdurą. Po pierwsze nikt z gatunku homo sapiens nie jest w stanie być ciągle skoncentrowanym, gdyż mózg nie jest w stanie w ten sposób pracować. Po drugie sama idea spodziewania się "niespodziewanego ataku" trąci mi trochę paranoją, którą mieliśmy okazję podziwiać w genialnej "Różowej panterze" (tej z Petterem Sellersem) ;-)
    Poza tym większość specjalistów w sztukach walki (tych którzy naprawdę to stosują - np. komandosi) uważają, że podczas walki należy się jak najbardziej rozluźnić, aby móc walczyć jak najbardziej "na zimno", z rozmysłem. Dlatego ćwiczy się raczej reakcje aby ciało wykonywało pewne czynności samodzielnie bez myślenia o tym (tak jak podczas jazdy samochodem. Koncentrujemy się tylko na pewnych szczegółach, ale większość czynności wykonujemy automatycznie. A podczas wypadku działają już tylko odruchy). To dlatego ćwiczymy techniki setki i tysiące razy zamiast siedzieć i spod półprzymkniętych oczu wgapiać się w matę.

Więcej bzdur na temat Aikido nie pamiętam, gdyż były zbyt fantastyczne aby zaprzątać sobie nimi głowę. Ale jeśli macie jakieś fajne, śmieszne, lub totalnie głupie "prawdy" o Aikido powstałe w eee ciekawych umysłach otaczających nas ludzi to zapraszam do dyskusji ;-)

środa, 21 maja 2008

Długie weekendy

Nastał drugi w tym miesiącu tzw. długi weekend... Rany jak ja ich nie lubię! Oczywiście jak każdy normalny człowiek lubię nie chodzić do pracy i perspektywa wolnego czwartku jest bardzo miła. Problem w tym, że w takim "rozbitym" tygodniu właściwie nic nie działa jak powinno. Powody są oczywiste.
W poniedziałek przychodzimy do pracy w radosnym nastawieniu, że musimy się przemęczyć tylko trzy dni. Większość czasu zajmuje nam rozplanowanie za co warto się w ogóle zabierać. Nie wiem jak Wam ale mi wyszło, że większość zadań wymaga przynajmniej cztery dni ciągłej pracy, więc... No i mamy poniedziałek z głowy.
Nadchodzi wtorek. Wtorek jest doskonałym dniem do zaplanowania tego co będzie się robiło w wolny czwartek. Jeśli zostanie trochę czasu to można się zastanowić, czy warto wziąć urlop w piątek. Pod koniec pracy (w rozumieniu dnia pracy!) dochodzimy do wniosku, że absolutnie nie warto. Ciekawe jest to, że (przynajmniej mnie) jakoś nie zastanawia to, że właściwie było to wiadome już w poniedziałek...
Wreszcie nadchodzi środa. Jedyną nasza aktywnością w ten dzień jest oczekiwanie na czwartek. Nie wiem jak gdzie indziej, ale w ten dzień nawet na korytarzach jest pusto. Ludziom się plotkować nie chce, czy co?!
Nawet serwisy newsowe zachowują się tak jakby czas na świecie został zawieszony. Dla pewności co 10 sekund sprawdzamy, czy wskazówka zegara porusza się swoją normalną trajektorią. Porusza się tylko, że coś niemrawo. Bardzo niemrawo. Bardzo, bardzo niemrawo. Rany! Czy na pewno się nic w tym zegarku nie popsuło??? To nie może być dopiero 11:15!!!!
Potem jest wymarzony czwartek. Przeważnie nie ma o czym rozmawiać. Normalny wolny dzień w którym zajmiemy się ulubionymi czynnościami na które nie ma czasu w tygodniu (pogrzebiemy w komputerze, sprawdzimy za co płacimy operatorom telewizji cyfrowych, sprawdzimy, czy kanapa jest tak wygodna jak w dniu zakupu etc.).
Tak to się radośnie mówi. W praktyce to dzień, gdzie żona narzuca dodatkowe spacery, zajęcia z dzieckiem i inne atrakcje. Około godziny 12:00 dziękujemy sobie w duchu, że nie wzięliśmy wolnego piątku.
Nadchodzi piątek. Idziemy do pracy. Idziemy później do pracy, bo autobuśnicy są święcie przekonani, że to sobota (autobusy jeżdżą wg sobotnich rozkładów jazdy!). No więc jesteśmy. Oczywiście spóźnieni i przerażeni, bo roboty jest od cholery i trochę. W końcu przez ostatnich kilka dni jakoś nam się nie udało cokolwiek zrobić, więc teraz czekają stosy raportów do napisania.
Wobec powyższego spoglądamy smętnie na czekającą nas robotę i... staramy się tak pozostać przez kolejne 5 godzin. Potem rozglądamy się ukradkiem i stwierdzamy "Oho mamy weekend!". Dlaczego siedzieliśmy w pracy 5 godzin? Bo byliśmy tak zajęci tym smętnym spoglądaniem na biurko, że nie zauważyliśmy, że inni ewakuowali się już poł godziny wcześniej! No i znowu nam nikt nie zapłaci za nadgodziny! Wredny świat!
No to do następnego długiego weekendu!

wtorek, 25 marca 2008

Wielkanoc 2008

Cóż taka sama impreza była rok temu (i dwa lata temu i trzy i [..] 1973 lata temu) i będzie pewnie w przyszłym roku...
Jedyne o czym chyba warto wspomnieć to to, że było zimniej niż w czasie Bożego Narodzenia 2007. Pewnie dlatego matoły nie latały w tym roku z wiadrami. Woda im zamarzała?

Stanowczo przereklamowany jest ten efekt cieplarniany :-(

No nic. Z niecierpliwością i wielkim podnieceniem czekam na kolejne święta....

piątek, 29 lutego 2008

Oby do przodu

Jakiś czas temu nastał rok 2008 a ja słowa nie napisałem, co też dość dobitnie wypomniała mi Novika. Obiecałem jej, że się "wezmę i zrobię". Niestety na obietnicy się skończyło. Problem nawet nie w tym, że jestem z natury leniwą bestią, której się po prostu nie chce siadać do klawiatury. Problem w tym, że początek tego roku jest w sumie strasznie nudny. Co prawda w moim życiu osobistym dzieją się pewne rzeczy np. jutro moja córeczka skończy roczek ale to nie są wydarzenia o których warto pisać. Właściwie byłoby to wręcz podobne do robienia sobie fotek na tle samochodu i umieszczanie ich na jakimś serwisie społecznościowym.
Poza tym w założeniu miałem opisywać swoje przemyślenia sprowokowane otoczeniem. A tu jak na złość cisza. Jeszcze chwila i zacznę tęsknić z PISem u władzy :-(
Skoro nie mam na co narzekać w polityce to pomyślałem sobie, że zawsze mogę sobie pomarudzić na temat komputerów.
No właśnie. Ostatnio przeczytałem fajny felietonik jakieś laski, która będąc na Wyspach chciała używać na swoim kompie linuxa. Generalnie opisywała swoje rozczarowanie faktem, że tamtejsi ludzi są delikatnie mówiąc mało skorzy do jakichkolwiek zmian.
Niestety jak się chwilę nad tym zastanowiłem to wyszło mi, że większość ludzi, bez względu na adres zamieszkania, uważa, że nowe jest czymś strasznie niebezpiecznym a do tego wymaga nauczenia się jakiejś nowej umiejętności.
Na szczęście nie wszyscy są tacy bo inaczej chyba by się nie udało stworzyć obecnej cywilizacji? Ja to widzę tak: siedzi sobie jakiś małpolud i grzebie patykiem w ziemi. W tym momencie z sąsiedniej jaskini przybiega jego ziomal z kamieniem w ręku i stara mu się pokazać swój wiekopomny wynalazek. "Zobacz Stary ale mam tu fajne coś. Można tym rzucać!" A na to nasz znajomy sceptycznie "Eee tam... To trzeba celować, to jest tylko dla maniaków celowania. Poza tym ten kamień to trzeba zaostrzyć. To za trudne. A poza tym patyk fajnie wygląda" Itd. Gdyby teraz nasz wynalazca był trochę mniej cierpliwy to dzisiaj zamiast pisać na klawiaturze pewnie bym siedział i grzebał patykiem w ziemi.
A tak pokazał swój wynalazek jeszcze 10 innym jaskiniowcom i przekonał być może z tego dwóch. Potem się okazało, że łatwiej odgonić tygrysa szablastozębnego rzucając w niego kamieniem niż machając mu przed nosem patykiem co spowodowało, że z użytkowników kamienia nagle zrobiła się większość... No i dzisiaj mamy komputery, samochody itd.
Niestety dalej potykamy się o tych co wolą "sprawdzone" metody od nowoczesnych rozwiązań.
Dlatego rozwój ludzkości jest skokowy. Najpierw danej rzeczy używa garstka i nagle się okazuje, że to oni są najlepiej przystosowani. Natomiast jeśli jakiś wynalazek nie wpływa na polepszenie jakości życia to i tak wreszcie całkiem zaniknie, lub poczeka sobie na lepsze czasy (przykład: cement).
Biorąc to wszystko pod uwagę nie bądźmy tymi grzebiącymi patykiem. Nie bójmy się wynalazków. Bycie gadżeciarzem to na prawdę nie grzech.

środa, 26 grudnia 2007

Znowu święta...

Dzisiaj baaaaaaaaaaardzo powoli mija drugi dzień świąt... Niestety mój kalendarz twierdzi, że dokładnie za 333 dni czekają mnie znów te same atrakcje. A są one od lat (trzydziestu trzech) niezmienne. No może kiedyś było zabawniej ze względu na dodatkowe rozrywki zafundowane nam przez kryzys ustroju PRLowskiego ;-)
Cała zabawa ze świętami zaczyna się mniej więcej na miesiąc przed tym wyjątkowo radosnym wydarzeniem. Zaczynają się Zakupy Świąteczne... Z jakiegoś nieziemskiego powodu do kobiet nie chce dotrzeć, że w ciągu miesiąca zapasy, które teraz robimy zostaną kilkakrotnie skonsumowane, lub po prostu się zepsują. Tradycja jest tradycją, więc jedziemy na zakupy. W supermarketach od razu czuć świąteczną atmosferę. Objawy są następujące: na półkach towar dokładnie ten sam ale po świątecznych cenach (raczej nie muszę wspominać czym sie one różnią od nieświątecznych) no i w łeb walą nas bardziej durnowate melodyjki niż zwykle. Jedynym stałym elementem jest głos z megafonu obwieszczający: "Emerytki i emeryci, którzy mają przy sobie dowód osobisty mogą się zwrócić do naszych stoisk w celu otrzymania naszej karty kredytowej...". Gość mówi to takim tonem, że brakuje mi tylko "bo jak nie to...!!!!". Aż dziw, że emerytki nie gnają do tych stoisk jak do wolnych miejsc w autobusach.
Ok. zrobiliśmy "świąteczne zakupy". Oczywiście z powodów jak wyżej podobna impreza czeka nas dokładnie co tydzień. Osobnym gatunkiem jest kupowanie prezentów. Tutaj muszę się przyznać, że widać wielką dojrzałość mojej żony. Ona po prostu mówi mi dokładnie czego chce. Potem patrzy mi w oczy i po chwili dodaje "dobrze... Pójdziemy razem i sama sobie to kupię". Prawda, że mądra kobieta? Bo sąd ja niby miałbym posiąść umiejętność odróżnienia poszczególnych odcieni pudru??? Przecież one wszystkie SĄ różowe! I ile bym się nie gapił na poszczególne pudełka to za diabła nie potrafię odróżnić jednego od drugiego. Ale właśnie do mnie dotarło, że nigdy nie próbowałem ich oświetlać światłem UV... Może tu tkwi tajemnica?...
Tak czy siak moja żona poznała już mój gust i teraz kupowanie prezentu dla niej to pestka. Po prostu loguję się na konto i robię odpowiedni przelew z mojego konta na jej konto. Prawda, że romantyczne?
Gorzej jest z pozostałymi prezentami. I co gorsza w tej materii moja żona nagle twierdzi, że mam gust i moje zdanie jest ważne. Nie wiem skąd u niej taka niekonsekwencja... No i zaczyna się od prostego z pozoru pytania: "Co kupimy mojej mamie?". Odpowiedź "kapcie o dwa numery za małe" jej nie zadowala (choć co roku uparcie próbuję). Jeszcze większego zgryza mam gdy usłyszę pytanie "a tacie?". Rany! Przecież ja poznałem tych ludzi raptem kilka lat temu! Widywałem ich w tym czasie tylko w kilka dni w roku. Skąd mam znać ich preferencję co do prezentów??? I wtedy przeważnie myślę sobie, że może po prostu kupie mu to co sam chciałbym dostać, czyli jakiś fajny chłopięcy gadżet (w końcu bez względu na wiek przez cały czas jesteśmy chłopcami). Potem już pozostaje tylko prezent dla babci. Tu sprawa jest wyjątkowo prosta, gdyż cokolwiek by jej nie dać to ona i tak twierdzi, że nie może tego używać. Np. czekoladki? Jak już zje pudełko to mówi, że coś jeść nie może... Szalik? Och... Tak ją szyja boli, że normalnie ten szalik jej się tak wpija w ciało, że wytrzymać nie może...
Najlepiej to byłoby wyciągnąć książeczkę czekową i zapytać "Ile?".
No to mamy prezenty. Pozostaje sprzątnąć dom. No i się zaczyna. Mimo, że dom przecież jest codziennie sprzątany to nagle wszyscy zachowują się jakby tutaj przez cały rok nikt nie mieszkał i wszystko było totalnie zapuszczone! Pierze się firany, myje okna, myje meble, kafelki, kabinę prysznicową i podłogi... I tak do późnej nocy na dzień przed wigilią Bożego Narodzenia.
Wreszcie nastaje TEN dzień. Wigilia. I tu wszystko się powtarza tylko z skondensowanej formie. Czyli od rana zakupy (ciekawe co robiliśmy przez ostatni miesiąc?!), sprzątanie (przecież wczoraj wszystko wysprzątaliśmy! Kiedy się niby zdążyło wybrudzić???!), gotowanie potraw wigilijnych (jedyna czynność, której nie robiło się wczoraj - wczoraj gotowało się na święta). Wreszcie zaświeci pierwsza gwiazdka (tak swoją drogą to Mars, ale kto by się tam czepiał) i zasiadamy do kolacji. Kolacja jakoś marnie mi wchodzi, gdyż po pierwsze jestem za bardzo zmachany całym ostatnim miesiącem a po drugie no po prostu nie znoszę potraw wigilijnych. A już szczególnie karpia, którego Bóg chyba przez czyste poczucie humoru stworzył wyłącznie z ości.
Potem następuje radosne wręczanie prezentów. Radosne jest do czasu ich odpieczętowania. Bo wtedy się okazuje, że babcia... No wiemy co babcia. Teściowa co prawda twierdzi, ze jest zadowolona, ale ona zawsze tak twierdzi, więc w sumie nie wiadomo a teściu płacze, że wydaliśmy tyle pieniędzy co tłumaczymy na "wolałbym papcie o dwa numery za małe".
Wreszcie nastaje noc a po niej Święta. Taaa... Najkrótsza definicja: obżarstwo połączone z najazdem rodziny. Czy na prawdę ci ludzie nie mają swoich domów? Ale rodzina to rodzina. Musimy swoje odbębnić, wysłuchać tych samych opowieści co rok temu i jeszcze rok wcześniej i jeszcze rok wcześniej i tak możemy się cofać aż do Wielkiego Wybuchu...
Na szczęście już 27 grudnia (jak mamy szczęście i ta data nie wypada np w sobotę) możemy wrócić do pracy aby docenić jakim szczęściem jest być zatrudnionym...

A więc Wesołych Świąt i do przyszłego roku...

piątek, 26 października 2007

Pożegnanie


Dzisiaj odszedł nasz króliczek Bilbo.
Przez 6 lat był naszym najwierniejszym przyjacielem. W trudnych chwilach (a było ich niemało) był wspaniałym odstresowywaczem. Zawsze wiedział kiedy ktoś go potrzebuje i potrafił wtedy pocieszyć jak nikt...
Mam nadzieję, że teraz będzie sobie kicał na wiecznej łączce i nigdy już mu nie zabraknie zielonej pietruszki i bananów za którymi przepadał.

Będziemy tęsknić.