Nastał drugi w tym miesiącu tzw. długi weekend... Rany jak ja ich nie lubię! Oczywiście jak każdy normalny człowiek lubię nie chodzić do pracy i perspektywa wolnego czwartku jest bardzo miła. Problem w tym, że w takim "rozbitym" tygodniu właściwie nic nie działa jak powinno. Powody są oczywiste.
W poniedziałek przychodzimy do pracy w radosnym nastawieniu, że musimy się przemęczyć tylko trzy dni. Większość czasu zajmuje nam rozplanowanie za co warto się w ogóle zabierać. Nie wiem jak Wam ale mi wyszło, że większość zadań wymaga przynajmniej cztery dni ciągłej pracy, więc... No i mamy poniedziałek z głowy.
Nadchodzi wtorek. Wtorek jest doskonałym dniem do zaplanowania tego co będzie się robiło w wolny czwartek. Jeśli zostanie trochę czasu to można się zastanowić, czy warto wziąć urlop w piątek. Pod koniec pracy (w rozumieniu dnia pracy!) dochodzimy do wniosku, że absolutnie nie warto. Ciekawe jest to, że (przynajmniej mnie) jakoś nie zastanawia to, że właściwie było to wiadome już w poniedziałek...
Wreszcie nadchodzi środa. Jedyną nasza aktywnością w ten dzień jest oczekiwanie na czwartek. Nie wiem jak gdzie indziej, ale w ten dzień nawet na korytarzach jest pusto. Ludziom się plotkować nie chce, czy co?!
Nawet serwisy newsowe zachowują się tak jakby czas na świecie został zawieszony. Dla pewności co 10 sekund sprawdzamy, czy wskazówka zegara porusza się swoją normalną trajektorią. Porusza się tylko, że coś niemrawo. Bardzo niemrawo. Bardzo, bardzo niemrawo. Rany! Czy na pewno się nic w tym zegarku nie popsuło??? To nie może być dopiero 11:15!!!!
Potem jest wymarzony czwartek. Przeważnie nie ma o czym rozmawiać. Normalny wolny dzień w którym zajmiemy się ulubionymi czynnościami na które nie ma czasu w tygodniu (pogrzebiemy w komputerze, sprawdzimy za co płacimy operatorom telewizji cyfrowych, sprawdzimy, czy kanapa jest tak wygodna jak w dniu zakupu etc.).
Tak to się radośnie mówi. W praktyce to dzień, gdzie żona narzuca dodatkowe spacery, zajęcia z dzieckiem i inne atrakcje. Około godziny 12:00 dziękujemy sobie w duchu, że nie wzięliśmy wolnego piątku.
Nadchodzi piątek. Idziemy do pracy. Idziemy później do pracy, bo autobuśnicy są święcie przekonani, że to sobota (autobusy jeżdżą wg sobotnich rozkładów jazdy!). No więc jesteśmy. Oczywiście spóźnieni i przerażeni, bo roboty jest od cholery i trochę. W końcu przez ostatnich kilka dni jakoś nam się nie udało cokolwiek zrobić, więc teraz czekają stosy raportów do napisania.
Wobec powyższego spoglądamy smętnie na czekającą nas robotę i... staramy się tak pozostać przez kolejne 5 godzin. Potem rozglądamy się ukradkiem i stwierdzamy "Oho mamy weekend!". Dlaczego siedzieliśmy w pracy 5 godzin? Bo byliśmy tak zajęci tym smętnym spoglądaniem na biurko, że nie zauważyliśmy, że inni ewakuowali się już poł godziny wcześniej! No i znowu nam nikt nie zapłaci za nadgodziny! Wredny świat!
No to do następnego długiego weekendu!
środa, 21 maja 2008
wtorek, 25 marca 2008
Wielkanoc 2008
Cóż taka sama impreza była rok temu (i dwa lata temu i trzy i [..] 1973 lata temu) i będzie pewnie w przyszłym roku...
Jedyne o czym chyba warto wspomnieć to to, że było zimniej niż w czasie Bożego Narodzenia 2007. Pewnie dlatego matoły nie latały w tym roku z wiadrami. Woda im zamarzała?
Stanowczo przereklamowany jest ten efekt cieplarniany :-(
No nic. Z niecierpliwością i wielkim podnieceniem czekam na kolejne święta....
Jedyne o czym chyba warto wspomnieć to to, że było zimniej niż w czasie Bożego Narodzenia 2007. Pewnie dlatego matoły nie latały w tym roku z wiadrami. Woda im zamarzała?
Stanowczo przereklamowany jest ten efekt cieplarniany :-(
No nic. Z niecierpliwością i wielkim podnieceniem czekam na kolejne święta....
piątek, 29 lutego 2008
Oby do przodu
Jakiś czas temu nastał rok 2008 a ja słowa nie napisałem, co też dość dobitnie wypomniała mi Novika. Obiecałem jej, że się "wezmę i zrobię". Niestety na obietnicy się skończyło. Problem nawet nie w tym, że jestem z natury leniwą bestią, której się po prostu nie chce siadać do klawiatury. Problem w tym, że początek tego roku jest w sumie strasznie nudny. Co prawda w moim życiu osobistym dzieją się pewne rzeczy np. jutro moja córeczka skończy roczek ale to nie są wydarzenia o których warto pisać. Właściwie byłoby to wręcz podobne do robienia sobie fotek na tle samochodu i umieszczanie ich na jakimś serwisie społecznościowym.
Poza tym w założeniu miałem opisywać swoje przemyślenia sprowokowane otoczeniem. A tu jak na złość cisza. Jeszcze chwila i zacznę tęsknić z PISem u władzy :-(
Skoro nie mam na co narzekać w polityce to pomyślałem sobie, że zawsze mogę sobie pomarudzić na temat komputerów.
No właśnie. Ostatnio przeczytałem fajny felietonik jakieś laski, która będąc na Wyspach chciała używać na swoim kompie linuxa. Generalnie opisywała swoje rozczarowanie faktem, że tamtejsi ludzi są delikatnie mówiąc mało skorzy do jakichkolwiek zmian.
Niestety jak się chwilę nad tym zastanowiłem to wyszło mi, że większość ludzi, bez względu na adres zamieszkania, uważa, że nowe jest czymś strasznie niebezpiecznym a do tego wymaga nauczenia się jakiejś nowej umiejętności.
Na szczęście nie wszyscy są tacy bo inaczej chyba by się nie udało stworzyć obecnej cywilizacji? Ja to widzę tak: siedzi sobie jakiś małpolud i grzebie patykiem w ziemi. W tym momencie z sąsiedniej jaskini przybiega jego ziomal z kamieniem w ręku i stara mu się pokazać swój wiekopomny wynalazek. "Zobacz Stary ale mam tu fajne coś. Można tym rzucać!" A na to nasz znajomy sceptycznie "Eee tam... To trzeba celować, to jest tylko dla maniaków celowania. Poza tym ten kamień to trzeba zaostrzyć. To za trudne. A poza tym patyk fajnie wygląda" Itd. Gdyby teraz nasz wynalazca był trochę mniej cierpliwy to dzisiaj zamiast pisać na klawiaturze pewnie bym siedział i grzebał patykiem w ziemi.
A tak pokazał swój wynalazek jeszcze 10 innym jaskiniowcom i przekonał być może z tego dwóch. Potem się okazało, że łatwiej odgonić tygrysa szablastozębnego rzucając w niego kamieniem niż machając mu przed nosem patykiem co spowodowało, że z użytkowników kamienia nagle zrobiła się większość... No i dzisiaj mamy komputery, samochody itd.
Niestety dalej potykamy się o tych co wolą "sprawdzone" metody od nowoczesnych rozwiązań.
Dlatego rozwój ludzkości jest skokowy. Najpierw danej rzeczy używa garstka i nagle się okazuje, że to oni są najlepiej przystosowani. Natomiast jeśli jakiś wynalazek nie wpływa na polepszenie jakości życia to i tak wreszcie całkiem zaniknie, lub poczeka sobie na lepsze czasy (przykład: cement).
Biorąc to wszystko pod uwagę nie bądźmy tymi grzebiącymi patykiem. Nie bójmy się wynalazków. Bycie gadżeciarzem to na prawdę nie grzech.
Poza tym w założeniu miałem opisywać swoje przemyślenia sprowokowane otoczeniem. A tu jak na złość cisza. Jeszcze chwila i zacznę tęsknić z PISem u władzy :-(
Skoro nie mam na co narzekać w polityce to pomyślałem sobie, że zawsze mogę sobie pomarudzić na temat komputerów.
No właśnie. Ostatnio przeczytałem fajny felietonik jakieś laski, która będąc na Wyspach chciała używać na swoim kompie linuxa. Generalnie opisywała swoje rozczarowanie faktem, że tamtejsi ludzi są delikatnie mówiąc mało skorzy do jakichkolwiek zmian.
Niestety jak się chwilę nad tym zastanowiłem to wyszło mi, że większość ludzi, bez względu na adres zamieszkania, uważa, że nowe jest czymś strasznie niebezpiecznym a do tego wymaga nauczenia się jakiejś nowej umiejętności.
Na szczęście nie wszyscy są tacy bo inaczej chyba by się nie udało stworzyć obecnej cywilizacji? Ja to widzę tak: siedzi sobie jakiś małpolud i grzebie patykiem w ziemi. W tym momencie z sąsiedniej jaskini przybiega jego ziomal z kamieniem w ręku i stara mu się pokazać swój wiekopomny wynalazek. "Zobacz Stary ale mam tu fajne coś. Można tym rzucać!" A na to nasz znajomy sceptycznie "Eee tam... To trzeba celować, to jest tylko dla maniaków celowania. Poza tym ten kamień to trzeba zaostrzyć. To za trudne. A poza tym patyk fajnie wygląda" Itd. Gdyby teraz nasz wynalazca był trochę mniej cierpliwy to dzisiaj zamiast pisać na klawiaturze pewnie bym siedział i grzebał patykiem w ziemi.
A tak pokazał swój wynalazek jeszcze 10 innym jaskiniowcom i przekonał być może z tego dwóch. Potem się okazało, że łatwiej odgonić tygrysa szablastozębnego rzucając w niego kamieniem niż machając mu przed nosem patykiem co spowodowało, że z użytkowników kamienia nagle zrobiła się większość... No i dzisiaj mamy komputery, samochody itd.
Niestety dalej potykamy się o tych co wolą "sprawdzone" metody od nowoczesnych rozwiązań.
Dlatego rozwój ludzkości jest skokowy. Najpierw danej rzeczy używa garstka i nagle się okazuje, że to oni są najlepiej przystosowani. Natomiast jeśli jakiś wynalazek nie wpływa na polepszenie jakości życia to i tak wreszcie całkiem zaniknie, lub poczeka sobie na lepsze czasy (przykład: cement).
Biorąc to wszystko pod uwagę nie bądźmy tymi grzebiącymi patykiem. Nie bójmy się wynalazków. Bycie gadżeciarzem to na prawdę nie grzech.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
