środa, 21 maja 2008

Długie weekendy

Nastał drugi w tym miesiącu tzw. długi weekend... Rany jak ja ich nie lubię! Oczywiście jak każdy normalny człowiek lubię nie chodzić do pracy i perspektywa wolnego czwartku jest bardzo miła. Problem w tym, że w takim "rozbitym" tygodniu właściwie nic nie działa jak powinno. Powody są oczywiste.
W poniedziałek przychodzimy do pracy w radosnym nastawieniu, że musimy się przemęczyć tylko trzy dni. Większość czasu zajmuje nam rozplanowanie za co warto się w ogóle zabierać. Nie wiem jak Wam ale mi wyszło, że większość zadań wymaga przynajmniej cztery dni ciągłej pracy, więc... No i mamy poniedziałek z głowy.
Nadchodzi wtorek. Wtorek jest doskonałym dniem do zaplanowania tego co będzie się robiło w wolny czwartek. Jeśli zostanie trochę czasu to można się zastanowić, czy warto wziąć urlop w piątek. Pod koniec pracy (w rozumieniu dnia pracy!) dochodzimy do wniosku, że absolutnie nie warto. Ciekawe jest to, że (przynajmniej mnie) jakoś nie zastanawia to, że właściwie było to wiadome już w poniedziałek...
Wreszcie nadchodzi środa. Jedyną nasza aktywnością w ten dzień jest oczekiwanie na czwartek. Nie wiem jak gdzie indziej, ale w ten dzień nawet na korytarzach jest pusto. Ludziom się plotkować nie chce, czy co?!
Nawet serwisy newsowe zachowują się tak jakby czas na świecie został zawieszony. Dla pewności co 10 sekund sprawdzamy, czy wskazówka zegara porusza się swoją normalną trajektorią. Porusza się tylko, że coś niemrawo. Bardzo niemrawo. Bardzo, bardzo niemrawo. Rany! Czy na pewno się nic w tym zegarku nie popsuło??? To nie może być dopiero 11:15!!!!
Potem jest wymarzony czwartek. Przeważnie nie ma o czym rozmawiać. Normalny wolny dzień w którym zajmiemy się ulubionymi czynnościami na które nie ma czasu w tygodniu (pogrzebiemy w komputerze, sprawdzimy za co płacimy operatorom telewizji cyfrowych, sprawdzimy, czy kanapa jest tak wygodna jak w dniu zakupu etc.).
Tak to się radośnie mówi. W praktyce to dzień, gdzie żona narzuca dodatkowe spacery, zajęcia z dzieckiem i inne atrakcje. Około godziny 12:00 dziękujemy sobie w duchu, że nie wzięliśmy wolnego piątku.
Nadchodzi piątek. Idziemy do pracy. Idziemy później do pracy, bo autobuśnicy są święcie przekonani, że to sobota (autobusy jeżdżą wg sobotnich rozkładów jazdy!). No więc jesteśmy. Oczywiście spóźnieni i przerażeni, bo roboty jest od cholery i trochę. W końcu przez ostatnich kilka dni jakoś nam się nie udało cokolwiek zrobić, więc teraz czekają stosy raportów do napisania.
Wobec powyższego spoglądamy smętnie na czekającą nas robotę i... staramy się tak pozostać przez kolejne 5 godzin. Potem rozglądamy się ukradkiem i stwierdzamy "Oho mamy weekend!". Dlaczego siedzieliśmy w pracy 5 godzin? Bo byliśmy tak zajęci tym smętnym spoglądaniem na biurko, że nie zauważyliśmy, że inni ewakuowali się już poł godziny wcześniej! No i znowu nam nikt nie zapłaci za nadgodziny! Wredny świat!
No to do następnego długiego weekendu!

Brak komentarzy: